Polonia Christiana - nr 12 styczeń-luty 2010
Niedawne wydarzenia związane z wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie krzyża powinny zmusić ostatnich „proroków zdrowego rozsądku” i naiwnych „towarzyszy podróży” w dokonującej się apostazji Starego Kontynentu do jasnych deklaracji i zdecydowanych postaw. Może to już bowiem ostatni moment na porzucenie złudzeń o budowaniu wspólnego europejskiego domu opartego na wartościach i ocalenie resztek honoru – a być może nawet i życia – przed nadciągającą dyktaturą relatywizmu. Zanim europejscy trybuni w imię walki o prawa mniejszości zrezygnują ostatecznie z demokratycznej fasady i ku uciesze miotanego najskrajniejszymi żądzami motłochu wypchną nas na sądowe areny, mamy jeszcze szansę podjąć nierówną walkę o możliwość wyznawania i praktykowania naszej świętej wiary katolickiej.
Nim wszystkich stojących na straży pozostałości prawa Bożego w życiu społecznym okrzykną fundamentalistami i zaczną zamykać w więzieniach za myślozbrodnię, trzeba dla ratowania dusz jasno i otwarcie nazwać dokonujący się proces mianem powrotu do najbardziej fanatycznych form antykatolickich fobii z czasów rewolucji francuskiej czy komuny paryskiej. Właśnie na przykładzie historii Francji – niegdyś arcychrześcijańskiego królestwa – możemy lepiej zrozumieć na czym polega trwająca od wieków wojna przeciw Kościołowi. To w imię tej wojny o „wolność, równość i braterstwo” funduje się dzisiejsze totalitarne prawa w ramach Unii Europejskiej. Do czego zmierza w ostatecznej konsekwencji ten nowy-stary „ład”, możemy dostrzec na przykładzie torujących drogę ku „świetlanej przyszłości” projektów kolejnych ustaw w Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii. W tej drugiej katolicy są już w zasadzie o krok od sytuacji prawnej, w jakiej znajdował się Kościół prześladowany po schizmie Henryka VIII. Projekt nowej brytyjskiej ustawy zmuszającej Kościół w imię równości i „niedyskryminowania” do wyświęcania jawnych homoseksualistów, lesbijek i transwestytów stanowi już otwartą zapowiedź prześladowań.
Nasuwa się pytanie: gdzie są katoliccy politycy, zobowiązani wszak do obrony Kościoła? Dlaczego tak wielu katolickich działaczy, publicystów i wreszcie duchownych przesypia ten moment, gdy jest jeszcze czas, aby powstrzymać spodziewane prześladowania, i zamiast głośno krzyczeć, zasłania się parawanem „rozdziału Kościoła od państwa” i autonomią publicznych instytucji świeckich, podczas gdy te bez oporu ingerują w wolność Kościoła? Czy naprawdę proces samozagłady, któremu poddają się tysiące katolików ze skrajną nieroztropnością traktujących słowo „dialog” jak talizman, musi osiągnąć swój ostateczny kres?
Tymczasem atak na znak naszej wiary to tylko najbardziej spektakularny w ostatnim czasie przejaw trwającego od dawna procesu dechrystianizacji, który dotychczas zajmował kolejne obszary i za pośrednictwem mediów skutecznie znieczulał opinię publiczną. Póki marsz był powolny i cichy, póki wizja napełniania brzucha i realizowania wszystkich zachcianek – dzięki materialnemu dobrobytowi – temu sprzyjała, póty zdezorientowane masy można było przyciągać mirażem budowania raju na ziemi. Z chwilą jednak, gdy marsz ów przyspieszył i stał się bardziej agresywny, odsłaniając swoje ostateczne cele, a perspektywa beztroskiego, dostatniego życia prysła w obliczu kryzysu jak mydlana bańka, okazało się, że opinia publiczna nie była jeszcze dostatecznie uśpiona i ta nagła ingerencja skalpela Rewolucji poczęła ją wybudzać.
Oby to przebudzenie ogarnęło wszystkich paktujących ze światem katolików, którym za przestrogę winny służyć zawsze, a zwłaszcza dzisiaj słowa Pana Jezusa: Jeśli was świat nienawidzi, wiedzcie, że mnie pierwej niż was nienawidził. (…) Jeśli mnie prześladowali i was będą prześladować. (J 15, 18-20) Kto by zaś zaparł się mnie przed ludźmi, zaprę się go i ja przed Ojcem moim. (Mt 10, 33). A zatem: Witaj Krzyżu, jedyna nadziejo!