poloniachristiana
Polonia Christiana - nr 12 styczeń-luty 2010
Rozmowa z Zofią Reklewską-Braun
Wspomnienia z Atlantydy

Z Zofią Reklewską-Braun, autorką wspomnieniowej książki zatytułowanej Urodziłam się pomiędzy…, rozmawia Małgorzata Pabis.


Urodziła się Pani w rodzinie ziemiańskiej. Dziś niewielu już wie, jak wyglądało życie takich rodzin. Proszę powiedzieć, co stanowiło serce Pani domowej wspólnoty?

– Pierwsze sześć lat życia spędziłam w dworze ziemiańskim w Mirogonowicach w pobliżu Gór Świętokrzyskich. Były to lata wojny i okupacji – czas dramatycznych przeżyć, które wryły się bardzo głęboko w dziecięcą pamięć. Gdy wśród wielu bolesnych obrazów próbuję szukać odpowiedzi na Pani pytanie, powraca ku mnie jakaś wielka dobroć otaczających mnie ludzi, ich czystość i szlachetność intencji, życzliwość idąca w parze z mądrą surowością i dyscypliną w wychowaniu dzieci, a wszystko to wyrosłe na gruncie wiary, którą się żyło na co dzień. Pacierz mówiony głośno przez dorosłych i rachunek sumienia prowadzony przez matkę, towarzyszyły mi od dzieciństwa. W naszym dworze była kaplica. Do dziś noszę w pamięci jej piękny, stary wystrój. Msze Święte odprawiał tam ukrywający się u nas w latach wojny pijar z Krakowa, ojciec Innocenty Buba. Do tej kaplicy szłam z mamą za rękę w trudnych momentach wojennego życia. W pewien sposób to właśnie było serce domu.


Napisała Pani wspomnieniową książkę pod tytułem Urodziłam się pomiędzy…. Czytając ją, nietrudno się zorientować, że ziemiaństwo było klasą żyjącą w zgodzie z Bogiem, Jego przykazaniami, a jednocześnie dbającą o własny stan posiadania. Czy Pani ojciec był tego przykładem?

– Zbytnim uproszczeniem byłoby mówić, że całe polskie ziemiaństwo żyło Bogiem i przykazaniami. Historia naszego narodu wyraźnie wskazuje, że wielu uprawiało zupełnie inny styl życia i to nas często gubiło. Ale mój ojciec, Wincenty Sebastian Reklewski, herbu Gozdawa, z Mirogonowic, był rzeczywiście człowiekiem wielkiej i niezachwianej wiary – prostej i głębokiej, dokładnie takiej samej, jak wiara okolicznych chłopów i pracowników rolnych, których ojciec angażował do pracy w swoim majątku. To właśnie wiara łączyła ojca z tymi ludźmi i do pewnego stopnia niwelowała różnice klasowe.
Mojego ojca zapamiętano jako człowieka bardzo ciężkiej pracy. Wstawał o czwartej rano i z różańcem w ręku osobiście doglądał wszystkich prac polowych i gospodarczych. Sam też prowadził buchalterię całego majątku. Często służył do codziennej Mszy Świętej księdzu prałatowi Andrzejowi Glibowskiemu w naszej parafii w Waśniowie. Swoich synów, a moich starszych przyrodnich braci uczył ministrantury. Był znakomitym gospodarzem i zbierał tego dobrze zasłużone plony. Z archiwów sandomierskich można się dowiedzieć, że Mirogonowice przed wojną były jednym z nielicznych niezadłużonych majątków w tym regionie.