Ten kto panuje w domu, jest nazywany ojcem rodziny, nie królem. Nadal jednak nosi pewne podobieństwo do króla, z tego powodu królowie są czasami nazywani ojcami narodów.
św. Tomasz z Akwinu
Niemilknące echa wrzawy wokół wyników referendum w sprawie ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego przez Irlandię, pozwoliły nam doświadczyć tej szczególnej formy szacunku, jakim liczni politycy, eksperci, komentatorzy i dziennikarze - na co dzień nieprzejednani demokraci - obdarzyli wybór Irlandczyków. Prawdziwe rozczarowanie tzw. euroentuzjastów znajdowało swój upust m.in. w wypowiedziach na temat możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji. A ponieważ nasza, jak to się zwykło mówić, klasa polityczna, mocno ustępuje poziomem dyplomacji i panowania nad nerwami swoim zachodnim kolegom, przez to bez większej kurtuazji zaserwowano nam prawdziwy "koncert życzeń" i pogróżek ze strony frustratów.
"Obywatelsko" nastawieni utyskiwali, że przecież paromilionowy naród nie może decydować o losach innych narodów Europy, które już w tej sprawie zadecydowały przyjmując traktat rękami swoich rządów i parlamentów. I tu ciekawe, nawet nie wspomniano, że mimo zdecydowanej woli większości społeczeństw w pozostałych krajach UE do przeprowadzenia referendum, nie dano im takiej szansy.
Oczywiście, do dzisiaj ze świeczką szukać, nawet wśród największych entuzjastów tej mitycznej ratyfikacji, kogoś, kto by dokument znał. Nie wstydził się tej niewiedzy zarówno jego zwolennik w Polsce, marszałek sejmu Bronisław Komorowski, jak i zachęcający Irlandczyków do głosowania na "tak" premier ich rządu Brian Cowen, który na tydzień przed referendum przyznał, że dokumentu nie przeczytał. Niektórzy, jak redaktor jednego z największych w Irlandii katolickich czasopism, posuwali się do stwierdzenia, że nieznajomość traktatu niczego nie może zmieniać w pozytywnym do niego podejściu, bo przecież tak samo nie zna się całej zawartości książki telefonicznej, co nie oznacza, że się jej nie akceptuje (sic!).