Joseph A. D'Agostino
Wbrew powszechnemu przekonaniu, Stany Zjednoczone od dziesiątek lat nie doświadczyły wyborów do władz federalnych, które dotyczyłyby przede wszystkim kwestii bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej. Od roku 1968 kluczową rolę odgrywają w nich zagadnienia społeczne, niekiedy również ekonomiczne. Czy i tym razem o wyniku wyborów prezydenckich w USA zadecyduje wojna kulturowa?
Nawet w wyborach prezydenckich w roku 2004, czyli trzy lata po jedenastym września – terrorystycznym ataku, który zrównał z ziemią World Trade Center i poważnie uszkodził Pentagon – kryterium najczęściej przytaczane przez wyborców stanowiły „wartości moralne”. Drugą kadencję zapewniły wówczas republikańskiemu prezydentowi Bushowi jego pozorna wiarygodność oraz wątpliwa moralnie historia jego demokratycznego przeciwnika, senatora Johna Kerry’ego, połączone z korzystną sytuacją gospodarczą w okresie pierwszej kadencji.
Kerry służył w Wietnamie i nawet otrzymał za swą służbę medal, Bush zaś pozostał w domu, w szeregach Gwardii Narodowej. Jednakże powróciwszy z wojny, Kerry począł oskarżać swych kolegów o zbrodnie wojenne i sprzeciwiać się kontynuacji działań zbrojnych. W wyborach roku 2004 dla większości Amerykanów ważniejszy okazał się ten właśnie społeczny aspekt poczynań Kerry’ego w sprawie bezpieczeństwa narodowego niż konkretny program polityczny w tejże kwestii. Chodziło o to, czemu Kerry okazał się bardziej oddany: Ameryce i jej interesom czy internacjonalistycznej wizji nowego porządku światowego?
Oczywiście, powyższe zagadnienie można zaklasyfikować do sfery bezpieczeństwa wewnętrznego i obronności Stanów Zjednoczonych, co czyni wybory prezydenckie z roku 2004 skupionymi głównie na tej sferze. Jednak Amerykanów coraz mniej interesuje wynik wojny w Iraku, stosowana strategia antyterrorystyczna czy inny szczegół polityki zagranicznej bądź bezpieczeństwa narodowego. O wiele bardziej zajmuje ich stosunek prezydenta do Ameryki. Czy jest on dumnym z własnego kraju patriotą, czy też wstydzącym się go internacjonalistą?
Wiąże się to mocno z szerszym problemem obrony cywilizacji Zachodu oraz jej chrześcijańskiego dziedzictwa. Na tym polu dla Amerykanów bardziej liczy się osobisty stosunek prezydenta do polityki zagranicznej niż jego wizerunek i działania na forum międzynarodowym. Od spraw zagranicznych znacznie ważniejsza okazuje się wewnątrzamerykańska debata.
Czytaj artykuł w całości w wydaniu elektronicznym „Polonia Christiana”
lub zamów papierowy egzemplarz dwumiesięcznika.