Zwycięstwo w wyborach prezydenckich Baracka Obamy nie jest końcem „cywilizacji białego człowieka”, ale ich wynik rzeczywiście stawia pod znakiem zapytania przyszłość Stanów Zjednoczonych. Czy romans Ameryki z Obamą to zaledwie krótki epizod w historii, czy trwały skręt w lewo? A może szansa na szybki powrót do konserwatywnych korzeni?
O negatywnych skutkach wyboru Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych napisano już wystarczająco wiele. Nie chcąc powtarzać tych samych argumentów, chciałbym w tym artykule pójść nieco pod prąd i przedstawić ewentualne pozytywne skutki, jakie w dalszej perspektywie może przynieść wybór Obamy na prezydenta USA. Czy w ogóle takie są? Myślę, że tak.
Przede wszystkim trzeba sobie jasno odpowiedzieć, że niezależnie od tego, kogo demokraci wystawiliby w wyścigu wyborczym, ich zwycięstwo i tak było pewne. Po 8 latach, w gruncie rzeczy fatalnej, prezydentury George’a Busha, po trwających od kilku lat dwóch wojnach i wreszcie załamaniu się gospodarki, nie sposób wygrać wybory. Co najmniej cztery lata w opozycji dają szansę konserwatystom na powrót do korzeni, do tradycji Reagana i ery lat 80. ub. wieku, czego chciałaby większość Amerykanów. Wbrew pozorom, większość mieszkańców nadal czuje się konserwatystami. Gdy prezydentem zostawał Reagan, 57 proc. Amerykanów określało się mianem „konserwatystów”, a za „liberałów” uważało się 38 proc. Na kilka tygodni przed przeprowadzką do Białego Domu Obamy stosunek wygląda następująco: 53 do 40 proc. na korzyść „konserwatystów”. Dlaczego zatem Amerykanie dali się uwieść człowiekowi, o którym w zasadzie niewiele wiedzą i nie znają jego poglądów w wielu sprawach?
Czytaj artykuł w całości w wydaniu elektronicznym „Polonia Christiana”
lub zamów papierowy egzemplarz dwumiesięcznika.