Postępujące zeświecczenie państwa, a tym samym pozbawianie instytucji i ceremonii państwowych wszelkich oznak ich związków z Kościołem i z szeroko rozumianą sferą duchowości, nie jest jeszcze może w Polsce aż tak bardzo widoczne – a to na skutek szczególnej roli Kościoła w życiu narodu polskiego pod zaborami, w latach obu wojen światowych i pod rządami komunistycznego zniewolenia. Tymczasem w Europie Zachodniej owa sekularyzacja staje się coraz bardziej powszechna, przenikając do różnych dziedzin życia. Nawet do samych obrzędów objęcia tronu przez nowych europejskich władców, również tych wywodzących się z katolickich dynastii, wielce zasłużonych dla naszej cywilizacji i kultury.
I tak właśnie w katolickich, wydawałoby się, państwach, takich jak Hiszpania czy Belgia, już wiele lat temu zrezygnowano całkowicie z obrzędu królewskiej koronacji (aby rzekomo nie ranić uczuć obywateli-ateistów oraz tych, którzy wyznają inną wiarę czy religię) i zastąpiono ją uroczystością w parlamencie, dokąd przybywa nowy król, składa laicką przysięgę na wierność konstytucji i wygłasza przemówienie nienazywane nawet „mową tronową”. Podobnie rzecz się ma w krajach protestanckich, z wyjątkiem Wielkiej Brytanii, gdzie odbywają się jeszcze koronacje w Opactwie Westminsterskim i gdzie tego typu uroczystości mają nadal charakter sakralny.
Nie bez celu będzie więc przypomnieć, że już od wczesnego średniowiecza każda koronacja stanowiła zarówno obrzęd religijny posiadający odrębną liturgię, jak i akt państwowy o najwyższej randze. Następowało tam zatem specyficzne połączenie
regni („panowania”) z
sacerdotio („kapłaństwem”), a prawo kanoniczne ściśle łączyło się z prawem świeckim stanowionym w państwie. A chociaż sama koronacja nigdy nie została przez Kościół zaliczona do sakramentów, to jednak najważniejszym punktem rytu było zawsze namaszczenie olejami świętymi, dające monarsze sakrę i czyniące z niego pomazańca Bożego.
Czytaj artykuł w całości w wydaniu elektronicznym „Polonia Christiana”
lub zamów papierowy egzemplarz dwumiesięcznika.