Żyjemy w dobie poszukiwania moralnych autorytetów, wzorów do naśladowania. Jakże często robimy to na ślepo, przyjmując kłamliwe podpowiedzi cynicznych mediów, sięgamy tam, gdzie jest ideowa pustka, zaprzaństwo, sztucznie kreowane życiorysy, wypreparowane z prawdy, pozbawione elementarnych wartości. Przyjmujemy „na wiarę” lewackich bohaterów jako własnych, nie siląc się na głębszą refleksję, zapominamy o cnocie roztropności, że może jest to droga w nicość.
Stare porzekadło uczy: Cudze chwalicie, swego nie znacie. Jakże często ta prawda ma odniesienie do postaci lansowanych niejako od góry, podawanych nam jak gotowe, tandetne lalki w supermarketach. Nic przy nich nie trzeba robić: mówią, śpiewają, mają kolorowe ubranka i przede wszystkim – nie rozwijają wyobraźni naszych dzieci.
Podobnie jest ze sztucznie wykreowanymi „herosami” – nieważne, że kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat byli członkami (czasem funkcjonariuszami) partii komunistycznej. Że ochoczo przyjmowali obywatelstwo okupanta (folksdojcze za ruble), opluwali naszą tradycję, kaleczyli historię, podpisywali stalinowskie apele o „przykładne ukaranie” (z karą śmierci włącznie!) ludzi, których jedyną winą było umiłowanie własnego kraju i działanie na jego rzecz najlepiej, jak potrafili.
Dziś prawdziwi bohaterowie, zepchnięci w niepamięć, wegetują w niszowych środowiskach, czczeni w kręgach środowiskowych i rodzinnych. Moralne i polityczne kreatury narzucane są w literaturze i sztuce, w nauce i oświacie, przede wszystkim zaś – w masowych (a więc opiniotwórczych) gazetach i tygodnikach, które w ramach pluralizmu niby dają nam jakiś wybór, w istocie zaś prezentują skrajnie tendencyjną wybiórczość.
Jedną z największych postaci pierwszej połowy XX wieku w Polsce był niewątpliwie Witold Pilecki.