W latach 1975-1979 z rąk Czerwonych Khmerów życie straciło dwa miliony mieszkańców Kambodży – 25 proc. całej populacji kraju. Mało kto wie, że zginęli oni w imię „życia w harmonii z naturą”. Mija właśnie trzydziesta rocznica upadku rewolucyjnej utopii odpowiedzialnej za tę zbrodnię ludobójstwa.
W najbardziej powszechnym odczuciu ekologia to działalność zapobiegająca wyginięciu któregoś z gatunków wieloryba czy ptaka albo protest przeciwko zanieczyszczaniu powietrza, rzek i plaż. Większość ludzi nie zadaje sobie trudu zapoznania się z ideologią głoszoną przez najbardziej radykalne odłamy ekologów. Nie przychodzi im nawet do głowy, jak straszliwe mogą być konsekwencje poddania się utopijnym teoriom opiewającym prymitywne raje zamieszkane przez istoty żyjące w całkowitej harmonii z naturą. Obcując z przyrodą europejską, zapominają, że istnieją takie szerokości geograficzne, na których natura bywa niebezpieczna, wręcz brutalna; że nie da się porównać tygodnia spędzonego w Alpach na słuchaniu śpiewu ptaków, w towarzystwie dobrze zaopatrzonego w prowiant plecaka, z życiem w dżungli, naznaczonym nieustannym zagrożeniem wieloma tropikalnymi chorobami.
Wszystkim, którzy śnią o likwidacji wielkich miast, zniesieniu corridy, obaleniu bogactwa i postępu cywilizacyjnego oraz powrocie do prostego życia na łonie natury, warto przypomnieć, co działo się w Kambodży, kiedy skrajnie zdeterminowana grupa rewolucjonistów postanowiła wcielić w życie powyższe utopie.
Czytaj artykuł w całości w wydaniu elektronicznym „Polonia Christiana” lub zamów papierowy egzemplarz dwumiesięcznika.